Dzisiaj wybrałem się na MTB do lasu....narobić hałasu ;)
Za tydzień ostatni wyścig w tym roku - MTB w lesie i tak jakoś chciałem się choć trochę nauczyć znowu jeździć po lesie, wpinać w pedały spd (mtb) i po prostu polatać ze spokojem. Wybrałem się więc do "mojego" lasu, tam gdzie zwykle niedaleko Chwaliszewa......a tu zaorane :/ Nie było mnie tu rok i co ?! Wielkie zaskoczenie.... Las praktycznie zrównany z ziemią, nie ma mojej trasy, wszystko zawalone, rozjechane ciężarówkami.... załamka.
Nie mam drugiej takiej trasy jak tam - z górką, kółeczko ok 1,2km, cisza spokój.... no i dupa. Pojechałem więc do lasu po drugiej stronie ulicy i coś tam pojeździłem, ale bez ładu i składu nie wiedząc dokąd jadę i w ogóle.. Wróciłem raczej wkurzony a nie zadowolony. Miał być fajny techniczny trening a wyszła dupa. Jeszcze jak to ja....wyłożyłem się na jednym z zakrętów i poodzierałem udo.
Tu nie było widać nieba, dookoła były drzewa, teraz lasu z nami nie ma :( Moja trasa zaorana.
Kolejna spokojna sesyja trenażerowa :] Coraz fajniej się kręci :)
Z nowym ręczniczkiem, dość miękkim, który nie śrupie mi czoła ! Ohh.. Poprzednie ręczniki sprawiały, że po każdej kolejnej jeździe miałem czerwone czoło i mega piekło. Tak, wyglądało to tak jakbym się wycierał papierem ściernym. Ale nie tym razem. Mięciutki ręcznik idealnie się spasował z moim czołem. Zbiera wodę jak szalony ;)
Najpierw skromnie - pół godziny siłowni, zaraz po pracy... By później zaliczyć godzinkę spinningu w całkiem fajnym tempie :)
Było fajnie, chociaż potu leje się co niemiara. Myślę, że pójdę jeszcze parę razy w grudniu i to będzie koniec, bo chyba się cały odwodnię i w ogóle.. Nie ma możliwości też by jeździć z taką intensywnością w listopadzie :) Ale nad wszystkim panuję :]
Ostatnimi czasy mam cholernie dziwne wrażenie, jak to wszyscy dookoła się lansują, szpanują i robią wszystko by.....nie byc sobą, ale być kimś lepszym. Lepszym od siebie ? Lepszym ode mnie ? Lepszym od wszystkich i się wyróżniać ? Dosłownie: praca, towarzystwo, spinning, kolarstwo, facebook...Życie to jakaś pseudo rywalizacja ostatnimi czasy, nie wchodząc już w wielką politykę czy walkę religii...
W towarzystwie priv. popisy, przekleństwa, chlanie bez granic, zero jakiegokolwiek sensu życia.. Na spinningu spotykasz jakiegoś debila, który drze się i wyśmiewa cię i cholera wie o co mu chodzi... W kolarstwo niektórzy dokręcają do granic możliwości parę kilometrów by być tylko lepszym i bardziej pochwalonym przez kumpli, zebrać o "dwa kudosy, dwa komentarze" więcej niż ty czy też byle pojawić się w lokalnej gazecie mimo braku osiągnięć jakichkolwiek. Na facebooku ludzie chcą być cool i wstawiają sobie francuskie flagi w profilowe - a ciulu nawet nie pomyślałeś by uczcić 11.11..... Niektórzy próbują cię ustawić, zmienić twoją pewność siebie w zarozumialstwo i bycie gburem, tłumacząc ci przy tym że ogół źle na to patrzy - bo nie jesteś skromny i pokorny. Jednym słowem ludzi popieprzyło i to zdrowo.. Mimo, że z nikim nie rywalizujesz, czujesz jak inni na siłę chcą być lepsi i wprowadzają niezdrową atmosferę...
A dzisiaj wsiadłem na trenażer, załamanie pogodowe na maXa. Leje, zimno, wieje... dramat! Jesień w 101%. Ale nie ta polska złota jesień. Godzina i nogi rozkręcone :) 4 pięciominutowe mocniejsze pociagnięcia z wyższym tętnem. Ogólnie szybko zleciało. Weekend bez imprezy, ale za to rowerowy i to mega pozytywnie :)