To co już za mną:

Ultramaraton Piękny Zachód 2019 - Niesulice Jezioro

Sobota, 8 czerwca 2019 · Komentarze(1)
Ultra-Maraton Piękny Zachód 2019 - Niesulice

Niedłuugo oczekujcie filmiku, jechałem z kamerką więc coś tam posklejam :)

Już rok temu chciałem tam być, ale wtedy wypadał Łask. Tym razem wypadał Koźmin Wlkp., ale stwierdziłem że chcę Ultrę. A dzięki wsparciu z Urzędu w Krotoszynie i Burmistrzowi Franciszkowi Marszałkowi - byłem spokojny w przygotowaniach i mogłem na luzie przygotowywać się do maratonu po tej czysto sportowej stronie :)

To mój trzeci ULTRA, byłem więc spokojny, że go przejadę. Wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na dużo, nawet mimo tego, że w tym roku nie trenuję długich dystansów prawie wcale. Prawie się przeliczyłem, już mnie wycofali, choć od początku jechało się cudownie... Zapraszam na krótką relację z tego wydarzenia :)

Razem z Czesią wybraliśmy się na ultrę - Piękny Zachód..... którego baza znajdowała się nad pięknym Jeziorem Niesłysz- w Niesulicach, "Ośrodek Wczasowy Irena" - polecam na przyszłość. Wspaniała obsługa, pyszne jedzenie i żadnych problem w jakimkolwiek temacie.

Od samego początku pobytu zaczęły się konkrety: odbiór pakietów w biurze zawodów, oklejanie sprzętu, ładowanie energii - w powerbankach i tej naturalnej. Zjedzona pyszna zupa na kolację i odhaczona odprawa przy okazji - w jednym. Sama atmosfera przecudowna, sami znajomi, radosne twarze i sympatyczni ludzie.

Nastawiony budzik na 6:30, start zaplanowany na 8:25, śniadanie o 7:00. Chwila stresu, ostatnie przygotowania i start! Start z moją grupą do najłatwiejszych nie należał - było nas sześciu, po pierwszych kilku metrach zostaliśmy tylko we dwóch z Arkiem Robakiem. Pojechaliśmy całkiem mocno i równo do pierwszego punktu.... Po wyjeździe Arek zostaje i zawraca ponieważ....... zapomniał karty kontrolnej. Po krótkiej konsultacji ja jadę dalej. Dojeżdżam sam osobiście grupę, która startowała długo przed nami.. Moje tempo było bardzo dobre. Plan także był bardzo prosty: na pierwszych trzech punktach podbijam tylko pieczątkę, piję wodę i uzupełniam bidony - jadę dalej. I pojechałem...

Wyjechaliśmy całą grupą z punktu, po chwili zostaliśmy tylko we trzech, a jeszcze chwila i zostałem znowu całkiem sam. Niestety koledzy nie utrzymali mojego tempa. Ryzyk fizyk... Zbliżam się do Kaczorowa - to ostatni punkt przed górami. Wcześniej były tylko ewentualnie małe i krótkie hopeczki. Do Kaczorowa patrząc po czasach na punktach dziesięcioosobowa grupa "faworytów" nad jednym mną nadrobiła "tylko" jakieś 25-30 minut. W Kaczorowie chwila zawahania była - zjeść krupnik i chlebek czy nie zjeść... no bo zaraz góry.. Stwierdziłem - "do Karpacza tylko 60... dam radę, szkoda czasu". No.. Kryzys przyszedł jednak całkiem szybko i w sumie niespodziewanie. Wypiłem colę, zjadłem żela...  Nie pomogło.. Zaczął się zjazd. Ale nie w dół z górki, zaczął się zjazd. Okazało się, że zaciągnąłem dość mocny dług, który jak każdy praworządny obywatel musi spłacić. Spłaciłem go w Karpaczu, ale o tym za chwilę.

Do Karpacza pod te wszystkie i tak niezbyt strome i długie podjazdy wlokłem się niemiłosiernie, a wszyscy którzy byli niedaleko ode mnie mijali mnie jak tyczkę. Czesia jechała ten kawałek 10min szybciej ode mnie. Pomyślcie więc jakiego miałem zgona. Dojechałem więc do Karpacza.... I się zaczęło...

Zsiadłem z roweru, poszedłem (he he he....) - doczłapałem podbić pieczątkę i chciałem iść zjeść. Okazało się, że stało się najgorsze co mogło u mnie, czego się spodziewałem że może się stać, ale zaryzykowałem, po prostu. Odcięło mnie w ten najgorszy sposób jaki mogło. Już tłumaczę: gdy wyjadę się do zera, totalnie do zera, przegrzeje mi się kopara, że nawet woda przestaje mi smakować, mam blokadę żołądka i nie mogę nic zjeść... dodatkowo: muszę zwymiotować co wcześniej zjadłem, a było to kilka żeli energetycznych, dwie cole, batonik energetyczny, dwa banany i takie tam.. Się okazało, że muszę to zrobić NATYCHMIAST, inaczej... mój organizm nie dał mi wyboru i dostałem tylko wiaderko, bo nie byłem w stanie się ruszyć. W tym momencie okazało się, że komandor wyścigu z punktu w Karpaczu - Wacław Żurakowski - wycofuje mnie z wyścigu, wzywa karetkę i... chce mnie odwieźć niedługo na metę. Nie dając się przekonać, że "ten typ tak ma" i potrzebuję tylko "chwili odpoczynku" org. był nieugięty, co wprawiało mnie wręcz we wściekłość... DNF?! Tylko z takiego powodu?! No way! Jako, że na punkcie były do jedzenia Tylko pierogi i gulaszowa (pierogów nie jadam a gulaszowa w moim stanie była zbyt ciężka) zamówiłem u przemiłej pani jakieś drobiowe kotleciki, surówke z marchewki i pyrki - po prostu. Na punkt zaczęli przybywać kolejni zawodnicy, czas leciał, byli wszyscy ci których zostawiłem daleko w tyle, dojechał Jacek Ilmer który się mną trochę bardzo przejął,(za co serdecznie dziękuję i za pomoc!) Zbyszek Heleniarz, inni znajomi i.... Czesia! Na tym punkcie spędziłem ponad 2h - ponad dwie godziny!!!! Okazało się, że dokładnie tyle potrzebowałem zeby do siebie dojść. Rozdzwonił się mój telefon, zaczął pikać mnóstwem wiadomości - na stronie się pokazało, że: KUBIK - wycofał się z wyścigu! Nie sposób było przekonać kogokolwiek, że potrzebuję tylko chwili by wrócić na rower, wyłączyłem i odpoczywałem.

W międzyczasie przebadali mnie ratownicy medyczni i nie stwierdzili nic odbiegającego od normy, podziękowałem za badania i poszedłem już w lepszym stanie (tak! zwrócenie tego wszystkiego co miałem w żołądku pomogło) do organizatora, dojadłem swój obiad. Zadzwoniłem do orgów na mecie - ja chcę jechać! proszę przywrócić mnie do wyścigu. Napisałem także oświadczenie, że  mimo wątpliwości organizatora ,komandora na punkcie - jadę dalej! Po dłuższej rozmowie przekonałem, że już mi lepiej i mogę jechać. Jestem dorosły, to raz. Dwa - ja tak mam. Trzy - Szczerze dziękuję za troskę i opiekę, ale ja CHCĘ jechać dalej! Teraz patrząc na zdjęcia i to, że mimo ostrego słońca, ja byłem bledszy od ściany - przestaję się dziwić takiej reakcji.

Wróciłem więc na trasę, w dalszą drogę wyruszyłem z.... Czesią! Straciła czekając na mnie dobrych kilka(naście) minut. Wiedziałem też, że potrzebuję chwili by się rozkręcić... Ale tracąc już tyle czasu, stwierdziłem, że dojedziemy więc razem do mety. Jeszcze jeden raz musiałem się tylko zatrzymać na zjeździe, gdyż zrobiło się na tyle zimno, że nogawki musiały znaleźć się na nogach, a nie w kieszeni. Nie chciałem powtórki jeszcze z BBT. To się nazywa doświadczenie! :D Miałem na sobie także bluzę, bez której dla mnie chyba dalsza jazda nie byłaby możliwa. Temperatura z około 30-35*C w pełnym słońcu w ciągu dnia, w nocy spadła do jakiś 5-7*C, ale zakładam że nawet odczuwalna mogła być niższa.

Na kolejnym punkcie zjadłem talerz gorącej grochówki! Wypiłem trzy szklanki gorącej herbaty z cytryną i cukrem - odżyłem, wróciły WSZYSTKIE siły, które zabrała mi bomba roku! Do mety więc już spokojnie. Nakładłem sobie jeszcze serwetek i ręczników papierowych pod koszulkę bo temperatura spadła jeszcze bardziej, czego nie wiem czy ktokolwiek się spodziewał, że będzie aż tak zimno.

Kolejne punkty to już tylko formalność i wychodziliśmy gdy tylko Czesia stwierdzała, że możemy iść. Mogłem na spokojnie nadawać całkiem żwawe tempo. Dojechaliśmy Szerszeni, którzy nam to uciekali to nas doganiali, aż w końcu praktycznie ostatnie kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy już razem. Czesię zaczęło boleć kolano, a gdy wyszło już słońce niestety musiała ostatnie kilometry bardziej spokojnie jechać. Mając i tak bardzo dobry czas jechaliśmy sobie rozmawiając i robiąc zdjęcia.

Na mecie powitali nas Jacek Ilmer z mamą! Za co serdecznie dziękuję! Wasze entuzjazm jest nie do opisania! :)
Polecieliśmy do Oskara przybić ostatnią pieczątke i piątkę! Mi chcieli nakopać do tyłka, ale się nie dałem jak w Karpaczu :D

Później zrobiło się pięknie, zjedliśmy obiad i poszliśmy nad jezioro, ja się poopalałem i w sumie chyba zdrzemnąłem. Zostaliśmy jeszcze jeden dzień. by zregenerować się odpowiednio. 13 godzin snu pozwoliło się dobrze do kolejnych godzin spędzonych nad jeziorem odpowiednio przygotować :)

Dziękuję za profesjonalnie zorganizowany maraton, pyszne jedzenie na bufetach (przynajmniej tych od Karpacza bo wcześniej pogardziłem :p ), za troskę i odpowiedzialność za uczestników! Maraton Piękny Zachód 2019 nad Jeziorem w Niesulicach uważam za zamknięty :)

Jeśli zastanawiacie się czy coś bym zmienił bądź zrobił inaczej to... NIE! Sprawdziłem siebie, swój organizm... Taki miałem plan, albo wygram albo umrę. Test skończył się pozytywnie, mimo tego że odpowiedź jest trudna do strawienia ;-) Inny scenariusz oczywiście mógł być, mogłem zjeść makaron i poczekać za Arkiem na drugim punkcie, mogłem zjeść krupnik i chlebek przed Karpaczem i jechać dalej. Zrobiłem to inaczej. Wiedziałem czym to się mogło skończyć i tak się skonczyło. Pojechałem dalej, mimo tej bomby, ultra kryzysu - wykręciłem w sumie 33 czas open na na 88 zawodników (dodatkowo 23 wycofanych) a mój czas razem z postojami to 23h 13min. Myślę, że gdyby nie kryzys, kręciłbym się w okolicy 20 godzin (w te albo we wte). Jestem zadowolony z tego maratonu. Było fajnie i ekscytująco!

No i Czesiulek, która wygrała OPEN Kobiet oraz klasyfikację górską i dołożyła mi 25 minut :) Mega się cieszę :)

Trza też pochwalić Glinę! Jacek w końcu pojechał na siebie i zrobił super czas! Pojechałeś serio bardzo dobrze i bardzo ładnie! Gratulacje :)

Dzień dobry Świebodzin :)


Startujemy :)


Szczęsliwy po 5 minutach wyjeżdżam z drugiego punktu kontrolnego :) W pełni sił, nieświadomy co mnie jeszcze spotka.


Wjeżdżam do PK w Karpaczu - zęby już zaciśnięte, ale jadę...bo było w dół :D


Próba zjedzenia zupy skończyła się katastrofą...


Omawiamy strategię "ja to zmemłam, Ty idź ich zagadać, a ja ruszę i może nie zauważą" xD No wyglądałem źle, potwierdzam.


Meta :)



Następny dzień był już pełen wigoru :D

cad: 77
temp. min: 5*C
temp. max: 31*C

Zapraszam do komentowania wpisów | Komentarze(1)

Komentarze (1)

Gratulacje. Jesteś wielki.

Gość 06:32 wtorek, 11 czerwca 2019
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa ciest

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]